Sport lubi sprawiać niespodzianki. Takie jak ta w Grudziądzu, bo zaledwie dwupunktowa porażka Orła to, mimo wszystko, niespodzianka. Sport sprawia też niestety takie niespodzianki, z których nie cieszy się nikt.
Często o tych, którzy odeszli, mówi się w samych superlatywach, zawsze dobrze. O zmarłych nie wypada mówić źle. Ale o Lee Richardsonie naprawdę nie dało się powiedzieć czegoś niepochlebnego. Najbardziej imponowało mi w nim zawsze to, że bardzo angażował się w pomoc młodym zawodnikom. Nie każdy doświadczony żużlowiec ma ich na uwadze. Wiele osób, jeszcze przed śmiercią Rico, mówiło o nim jak o dżentelmenie. Pasuje do Brytyjczyka, prawda? Lee odszedł, jak napisali kibice Orła, "robiąc to co kochał i poświęcając się dla swojej drużyny". Żużlowcy są jak żołnierze - to odważni ludzie. Jest jedna różnica... a może nie ma żadnej... sam nie wiem: Dla żołnierza umrzeć na polu bitwy to chwalebna śmierć. A dla żużlowca?































